Szczuj mnie cycem! „Postępowej” lewicy polowanie na popkulturowe czarownice

żurnalista

Samozwańczy varsavianista i krytyk społeczny. Próbował swoich sił w świecie filmu, reklamy, handlu, a nawet społecznictwa. Wieczorami, zwłaszcza w weekendy, walczy w Internecie na argumenty z licznymi antagonistami. Uważa, że czyni go to zamaskowanym superbohaterem. Twórca larpów i gier miejskich, kocha podróżować sposobami niestandardowymi. Jako literacki hipster czyta rzeczy, które już dawno nie są modne i prawdopodobnie już nigdy modne nie będą. Najłatwiej jest go spotkać nieogolonego z kubkiem po brzegi wypełnionym kawą i papierosem niedbale zatkniętym w zębach.

 6 min. czytania
 2
 103
 14 grudnia 2015
Fot. YouTube
Jednym zdaniem: Nagość nie zawsze musi być zła, a szczucie cycem nie zawsze musi być szowinistyczne - wszystko kwestią interpretacji.

Często mówi się dziś o poprawności politycznej gromiącej dorobek światowej kultury. Bezpodstawnie? Każdy, kto stoczył internetową dyskusję z radykalną feministką, wie, że nie. Dowolna reklama wykorzystująca motyw seksu oskarżana jest o uprzedmiotowienie kobiet. Ba! Mój własny projekt, nawiązujący do komiksu „Sin City” raz został posądzony o szczucie cycem, mimo że ów ładny biust ubrany był w stanik i znajdował się na artystycznej fotografii. Wielbiciele kobiecych wdzięków, łączcie się! Oto popkulturowe przypadki doskonałego ich wykorzystania, które usiłuje zabić feministyczne plemię!

Nie warto już roztrząsać, czy umiejscowienie kobiecego ciała w kontekście seksualnym jest obrazą dla wszystkich przedstawicielek płci pięknej. Wielokrotnie natrafić można było na internetowe dyskusje, w których dowolna dziewczyna nazywana była przez zwolenniczki tej tezy „kurwą”, tylko dlatego, że absolutnie się z nimi nie zgadzała i doceniała obecność kobiecej nagości w reklamie i popkulturze. Z gromkim hejtem zderzył się choćby ten film promujący konwent miłośników fantastyki w Poznaniu, praktycznie nieróżniący się niczym od przeciętnego spotu reklamującego płyn pod prysznic dla kobiet:

Seks, science fiction i rock & roll

„Heavy Metal” to nie tylko gatunek muzyczny. Dla fanów klasycznego fantasy i science fiction to przede wszystkim tytuł amerykańskiego magazynu komiksowego pełnego tego rodzaju historii obficie okraszonych treścią erotyczną. Animacja - antologia będąca ekranizacją niektórych prowadzonych w czasopiśmie serii stała się kultową dla kultury Weird Fiction.

Bohaterski taksówkarz w cyberpunkowym świecie noir? Check! Jest nawet gładko wskakująca mu w pościel femme fatal. Klasyczny amerykański nerd ratujący niewiastę w wyimaginowanym świecie? Obecny! A czym miałaby mu ona odpłacić, jeśli nie swoimi wdziękami? Seks przepełnia tę produkcję z 1981 roku, a uroczo kiczowate, pończochowe, chciałoby się rzec: kanonicznie pornograficzne wyobrażenia kobiecego piękna wylewają się na nas wprost z ekranu od pierwszej opowiedzianej tam historii. Rudowłosa, futurystyczna sekretarka kochająca się z robotem też jest! Czy to czyni ten obraz obrzydliwie szowinistycznym, czy urągającym kobietom?

Jedną z bohaterek filmu jest Taarna. Wojownicza kobieta, blondwłosa piękność przez całość poświęconego jej epizodu paraduje nago, względnie: przystrojona w absolutnie niepraktyczny, za to doskonale eksponujący jej wdzięki pancerz. Ani razu nie uprawia tam seksu, za to kopie zadki bandzie ociekających testosteronem, przeżartych złem barbarzyńców dokonujących zamachu na ludzkie życie, pokój i umierającą w postapokaliptycznym świecie cywilizację. Przeciętny „social justice warrior” może mieć problem z ogarnięciem zawartego w tej części filmu przekazu. Warto jednak trzymać za niego kciuki i modlić się, by mimo wszystko zrozumiał go na tyle, by za kilka dekad wciąż można było oglądać go legalnie. Już dziś, patrząc na „Heavy Metal”, niektórzy fani czują się, jakby dokonywali czegoś zakazanego. W końcu doskonale wiedzą, że gdzieś tam na świecie żyją równościowi fundamentaliści gotowi skazać na ostracyzm każdego, kto podziwia wyidealizowane obrazy nagich kobiet.

Obrazoburcza wyprawa małego szninkla

Wczesny komiks duetu van Hamme i Rosiński (słynącego z serii przygód o wikingu z kosmosu, Thorgalu), „Szninkiel” do dziś wspominany jest jako kontrowersyjna opowieść, której kilka plansz kształtowało swego czasu wiele seksualnych wyobrażeń i fantazji młodego pokolenia.

Młody umysł, czytając mistyczną, niemal gnostyczną opowieść o przygodach istoty kojarzącej się z Tolkienowskim hobbitem zaczerpnąć musi duże ilości świeżego powietrza przy scenach, w których główny bohater za tajemną wiedzę zapłacić musi seksem. Obrzydliwa wiedźma zmienia się natenczas w cytatą blondboginię, a myszowatego szninkla obdarza ciałem rosłego Afrykanina, którego głównym atrybutem jest pokaźny penis. Oczywiście i ta scena wiąże się z popularnym ostatnimi czasy szczuciem cycem i łatwo przegapić kilka niuansów umieszczonych w jej przekazie.

Może i główny bohater odnajduje przyjemność w seksie z odmienioną potworą, jednakże wciąż kurwi się z wpływową, ale paskudną wiedźmą, w zamian za miałką przepowiednię. Mężczyzna. Prostytuuje się. Dość postępowy przekaz jak na rok 1986, w którym powstał komiks. Scena ta, pozbawiona szczucia cycem, stałaby się koszmarem, gore bez ładu, składu i klasy, spłyceniem moralizatorskiego, oryginalnie zawoalowanego przekazu do granic artystycznych możliwości. Wielu działaczy antyszczuciocycowych wciąż mimo to dałoby sobie uciąć rękę w zamian za możliwość spalenia przynajmniej jednego egzemplarza tego promującego samcze, dyskryminujące wartości komiksu.

Opowieści groszowe, pulpa i kobiet rysowanie

Mizoginia, choć w swej naturze nie jest niczym dobrym i należy eliminować ją za pomocą edukacji, pozwoliła na powstanie i rozwój wielu literackich dzieł z gatunku pulpowego, ze szczególnym uwzględnieniem prozy Roberta E. Howarda. Wagnerowskie blondniewiasty, mimo że bohaterkami ze wszech miar pozytywnymi, umierają tu najczęściej i nie potrafią wytrwać żywe u boku bohaterów takich jak znany światu Conan. Kreowana na ekranie przez Arnolda Schwarzeneggera ikona popkultury spotykała na swej drodze z reguły albo kobiety wyidealizowane, awanturnicze, ale o dobrym sercu i wdzięcznym w łóżku ciele, albo wampiryczne wiedźmy chcące posiąść penis bohatera z czysto egoistycznych pobudek.

Trudno o powieści i nowele bardziej szowinistyczne od sagi o Conanie. Trudno też o pozycje, które wywarły tak silny wpływ na współczesną literaturę popularną, do dziś zapewniając młodym pokoleniom nie tylko estetycznie zadowalającą rozrywkę, ale i pewne wartości, które nazwać możemy stereotypowo męskimi.

W kontekście literatury Howarda warto pamiętać o najsłynniejszym i najbardziej utalentowanym ilustratorze jego dzieł. Frank Frazetta był nie tylko wybitnie utalentowanym artystą, ale też promotorem estetycznych ideałów, na widok których wiele „postępowych” osób wydałoby dziś okrzyki pełne oburzenia. Nie zapominajmy, że mężczyźni ratujący nagie kobiety znajdujące się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, to wizja będąca nie tylko przeżytkiem, ale i obrazą najświętszych podwalin wypaczonego przez radykałów słowa jakim jest równouprawnienie.

Harce, tańce, wygibańce

Burleska to kolejna sekcja sztuki, za którą wojujący obrońcy czci i godności kobiecej szczęściem jeszcze się nie zabrali. Jej najpopularniejsza wykonawczyni, Ditta von Teese, została niedawno opisana przez mojego redakcyjnego kolegę jako osóbka wprost zdjęta ze sztandarów Ku Klux Klanu. Dla mnie to niezbity dowód na to, że tak nienawistni ludzie jak rasiści z KKK również potrafią kochać artyzm i najwyższe, klasyczne piękno.

Nagość i seks w sztuce jest tym, z czym walczą nie tylko ugrupowania konserwatywne we Wrocławiu. Nigdzie nie istnieje komisja ds. orzekania szczucia cycem, więc dyrektor nieszczęsnego, wrocławskiego teatru (tego od „Śmierć i dziewczyna”) bez wątpienia miał wyjątkowe szczęście, że powsiedli na nim wojujący katolicy, a nie wielokroć bardziej bojowe strażniczki „szacunku kobiety do samej siebie” tudzież radykalne feministki, które dużo wygodniej jest nazywać feminazistkami.

Seks jest świetnym napędem dla reklamy. Kobiece piękno, zwłaszcza obnażone, skutecznie przyciąga wzrok odbiorców. Łatwo tu popaść w marketingowy brak smaku. Zwalczając jednak „szczucie cycem”, jego najzagorzalsi przeciwnicy częstokroć rozpędzają się niczym galopujące w szarży husarskie konie. Feministki Wyklęte wielokrotnie zapominają, że seks i wyidealizowana, nieistniejąca kobieca sylwetka nie musi być czynnikiem popychającym licealistki do anoreksji czy samobójstwa. Zapominają, że duża cześć odbiorców zarówno brutalnej, prymitywnej pornografii, jak i szczujących cycem produktów popkulturowych, nie wyrasta wcale na uprzedmiotowujących kobiety gwałcicieli. Na szczęście Polska nie zderzyła się jeszcze z obecnością najbardziej wojowniczych Social Justice Warriors, odbijających słowo równouprawnienie w krzywym zwierciadle. Na razie ograniczają się oni w naszym kraju do małych, wściekle ujadających facebookowych grup. Przyszedł jednak czas na palących kukły nacjonalistów, przyjdzie więc również czas na kobiety, które zatłuką Cię wibratorem i nazwą szowinistą, tylko dlatego, że do snu zaczytujesz się w archiwalnych numerach „Heavy Metal”.

Nie dajcie się radykałom. Niech Wasz fapfolder będzie Wam twierdzą.

Udostępnij na  (103)Zobacz komentarze (2)