
Pociąg relacji Łódź – Warszawa. Wsiadam do przedziału, w którym siedzą dwie młode kobiety i chłopak. Zajmuję miejsce przy oknie, wyciągam Murakamiego i oddaję się lekturze. Po pewnym czasie wchodzi wysoki brunet, siada obok, przyciskając mnie do okna.
Jego zapach przywodzi mi na myśl małe, duszne mieszkanie w centrum wielkiego miasta, w którym od dawna nikt nie zmywał naczyń, nad kartonem pizzy z zeszłego tygodnia latają muchy, a coś takiego jak pralka nie istnieje. Zaciskam zęby i ostentacyjnym zamachnięciem całego ciała przesuwam się jeszcze bliżej okna.
Udaję, że podziwiam rozkwitającą za oknami jesień. Niestety, zamiast kolorowego pejzażu moim oczom ukazuje się tył bordowych spodni i ręka trzymająca puszkę napoju energetycznego. Dwóch mężczyzn prowadzi w korytarzu dość ożywiony dialog i mało dbają o to, że może ktoś (a w tym przypadku ja), sprawdza właśnie stopień rozwoju wrzosów i chryzantem. Trudno. Zamiast tego odkrywam na dłoni jednego z mężczyzn imponujący, kolorowy tatuaż rodem z chipsów Cheetos. Mimo zamkniętych drzwi do przedziału i szczerej niechęci słyszę też całą rozmowę i w zasadzie cieszę się, że jestem po drugiej stronie szyby, bo zamaszyste ruchy mężczyzn mogłyby mnie uszkodzić. Taki to stopień nieuwagi.

Czuję się teraz jak w puszce. Trudno. Za 20 minut będę na miejscu, wytrzymam. Pojawia się kontroler w typie cwaniaka i takimże tonem prosi o okazanie biletów. Decybele w jego głosie sugerują, że wszedł do przedziału dla głuchoniemych. Później wraca jeszcze trzy razy. Zupełnie tak, jak pracownik Warsu, który otwiera z hukiem drzwi przedziału i „zachęca” do zakupu KAWY, HERBATY LUB GORĄCEJ CZEKOLADY!!! Au. Moje uszy są dziś chyba wyjątkowo wrażliwe. Wszyscy zaprzeczamy ruchem głowy, czując, że limit dźwięku w tej przestrzeni został wykorzystany. W odpowiedzi otrzymujemy tylko huk zamykanych drzwi. Na korytarzu stoi coraz więcej ludzi, brakuje miejsc siedzących, ale żaden mężczyzna nie ustąpi miejsca kobiecie. Możliwe, że są za równouprawnieniem.
Dochodzę do wniosku, że jestem tradycjonalistką. Coraz bardziej brakuje mi kulturalnych panów w melonikach rodem z kabaretu, żujących miętowe pastylki. Daleko mi do feministycznych przekonań, a jednak coraz częściej zastanawiam się, gdzie się podziali prawdziwi mężczyźni.