Dlaczego mam dość opowieści o motywacji i rozwoju osobistym

żurnalista

Jako kilkuletnia dziewczynka bała się ludzi (nawet członków rodziny, którzy przychodzili w odwiedziny), więc kiedy dorosła, postanowiła zawodowo się z ludźmi kontaktować i studiować dziennikarstwo. Interesuje się sportem, zwłaszcza siatkówką. Kiedyś potrafiła nawet wymienić daty urodzenia siatkarzy, którzy w 2006 roku zostali wicemistrzami świata. Wciąż obiecuje sobie, że obejrzy wszystkie filmy z pierwszej setki rankingu Filmwebu i zapisze się na kurs tańca. Dużo czyta (w szczególności literaturę faktu) i jeszcze więcej mówi (nawet niepytana). Choleryczka. Można ją udobruchać sernikiem i wszystkim, co ma w sobie jabłka.

 2 min. czytania
 0
 696
 3
 1 października 2015
fot. Pixabay
Jednym zdaniem: Pokazujemy, że coache to hochsztaplerzy.

Kiedy po raz kolejny czytam lub słucham, że mogę osiągnąć wszystko, co tylko zapragnę, a jedynym ograniczeniem jestem dla siebie ja sama, chcę gryźć, drapać i rejestrować firmę zajmującą się demotywacją. Bo też mam ochotę zarabiać na mówieniu ludziom, że potrzebują czegoś, co już mają. Od dawna i zupełnie za darmo.

Mogę być, kim chcę? Pewnie. Wiem to od podstawówki. Na zabawie andrzejkowej w drugiej albo trzeciej klasie ktoś wylosował karteczkę z wróżbą. Było na niej napisane: „Jesteś kowalem swojego losu”. Wychowawczyni wytłumaczyła nam wtedy znaczenie tego przysłowia. Czy naprawdę potrzebuję więc, żeby to samo, tylko innymi słowami i za grube pieniądze powtarzali mi, dorosłej już osobie, coache, mówcy czy pisarze motywacyjni?

Nie wszystko wychodzi od razu? Jasne. Pamiętam, jak uczyłam się jeździć na rowerze. Przewracałam się jakieś 654 razy na minutę. Miałam łzy w oczach i poobijane kolana, ale tata cierpliwie pomagał mi wstawać i mówił: „No, jeszcze raz”. Stopniowo udawało mi się coraz dłużej utrzymywać równowagę. Czy eksperci mający na sztandarach rozwój osobisty naprawdę przekażą mi jakąś większą prawdę?

Z porażek trzeba wyciągać wnioski? Wiem. Mamy przecież piękne przysłowie: „Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”. Mogę je sobie napisać nad łóżkiem albo przykleić stosowną kartkę na lustrze w łazience. To tańsze niż sesja u coacha.

Mam się rozwijać? Przecież przez wszystkie lata edukacji dostawałam niemal odruchu wymiotnego, słysząc: „Człowiek uczy się całe życie”. Czy naprawdę chcę, by ktoś mi to jeszcze raz wyjaśniał?

Jak ja nie będę o sobie dobrze myślała, to i inni tak o mnie nie pomyślą? Świetnie to znam. Pewność siebie nieraz okazywała się ratunkiem w czasie ustnych odpowiedzi, do których nie było się najlepiej przygotowanym. Przydawała się też wtedy, gdy żarliwe deklaracje spod znaku „na zawsze”, składane przez zauroczonych kolegów i oddane przyjaciółki, okazywały się tylko słowami rzuconymi na wiatr. Czy mam się spodziewać bardziej przekonujących przykładów?

Nie znoszę, kiedy ktoś mi wmawia, że czegoś nie potrafię. A odnoszę wrażenie, że sukces motywacji i rozwoju osobistego opiera się właśnie na tym: na pokazywaniu ludziom, jak beznadziejni są, jak niewiele umieją i jak fatalnie wpływa to na jakość ich życia. Kilka sesji z coachem lub podręczniko-poradników i wszystko zmienione.

Co z tego, że powtarzane tam hasła są nam od dzieciństwa wbijane do głów przez rodziców i nauczycieli. Czy jesteśmy w stanie je przyjąć dopiero wtedy, gdy za nie słono zapłacimy i potwierdzimy tym samym, że nadążamy za trendami?

Udostępnij na  (696)Skomentuj