
Już nikt mnie nie słuchał. Już nikt nie patrzył z radosnym uśmiechem w oczach. Na przystanek autobusowy chodziłem sam, nikt nie pomyślał, żeby mnie odprowadzić, zapytać, czy naprawdę wszystko jest w porządku.
Nie wiem, kiedy przestano mnie zauważać. Może wtedy, kiedy dostałem wizę do dorosłości, tej najbanalniejszej, otrzymywanej w nagrodę za przeżycie osiemnastu lat. Później z każdym dniem byłem jakby słabiej widoczny i z każdym kolejnym rokiem mniej wyraźny. Idąc ulicą w wieku dwudziestu dwóch lat, zastanawiałem się, czy w ogóle istnieję. Czy stojąc w tramwaju, faktycznie zajmuję to miejsce? Czy jadąc taksówką, ja w niej jadę, czy może taksówkarz wiezie samo powietrze.
Sami z naszym strachem
Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem, bardzo bałem się końca świata. Prawie każdego dnia słyszałem, że nowe tysiąclecie spowoduje, że już nie pójdę pokopać piłki z kolegami, że dom, w którym mieszkam zostanie zburzony, że wszystko zniknie, jak ten królik spod magicznego kapelusza.
Teraz już się nie boję końca świata. Bo świat się chyba skończył. Stało się to, czego obawiałem się jako dziecko: już nie chodzę kopać piłki z kolegami, dom, w którym mieszkałem z rodzicami i z którym wiązały się piękne wspomnienia, został sprzedany, wszystko, co wtedy było światem, zniknęło.
Momentami nie panuję nad swoimi myślami, uciekam w abstrakcji, w tak odległe obszary, że boję się, czy wrócę do rzeczywistości. Wiele sytuacji rozgrywa się jedynie w moim umyśle. Marzenia chciałyby tych zdarzeń, ale one nigdy nie nastąpią. Teraz także jest we mnie dużo obaw. Nie wiem, skąd się biorą. Być może z naszymi obawami jest jak z głodem, jest to coś naturalnego? Głód jest jednak prostszy, wystarczy sięgnąć po bułkę i po kłopocie. Z obawami jest dużo trudniej, nie ma recepty, a czasem i diagnoza nie jest znana. Zostajemy sami z naszym strachem.
Życiowy fotoszop
Kilka dni temu miałem sen, w którym siedziałem sam w szkolnej sali, a przede mną opierała się o kant biurka moja nauczycielka z liceum. Niestety, nie była to historia erotyczna, bo i takie fantazje kiedyś miałem. Nauczycielka pochylała się nad dziennikiem i sprawdzała obecność. Nie polegała ona jednak na wyczytywaniu imienia i nazwiska. Wymieniała listę rzeczowników, na którą Ja odpowiadałem.
– Niepewność? – Obecna – Niepokój? – Obecny – Niezrozumienie? – Jest – Głupota? – Zaraz będzie, tylko trochę się spóźni
Wierzę, że sny nie są całkowitą fikcją, że są pomieszaniem ze światem realnym, a chwilami bardziej wierzę, że ten realny jest tam, w naszym sennym umyśle. Być może to tam nasze pragnienia, marzenia są najprawdziwsze. Nie ulegają one temu życiowemu fotoszopowi na jawie, w którym obrabiamy z niewyjaśnionych przyczyn nasze plany, cele i emocje.
Czemu mój mały Robuś płacze?
Poza snem z nauczycielką pamiętam jeszcze dwa. Dla dwojga moich przyjaciół bardzo już nudne. Opowiadam je im w każde czwartki, soboty i niedziele. Nie. W środy, soboty i niedziele.
Pierwszy z nich śnił mi się dwa lata temu, może nawet i trzy, nie pamiętam dokładnie, kto by pisał na kalendarzu „24 CZERWCA ŚNIŁEM O...” albo „2 GRUDNIA NIE MOGŁEM ZASNĄĆ”. Nikt.
Dokładną datę zmazał czas, ale podejrzewam, że była to bardzo mroźna noc. Wtedy najlepiej się zasypia. Przez szczeliny okien wlatuje mroźne powietrze, niczym gaz automatycznie nas usypiający. Zasnąłem natychmiast. I od razu pojawił się obraz mojej matki trzymającej mnie w ramionach – tak jak trzyma się niemowlę. Dużo mówiła, głośno się śmiała, ale i zadawała pytania. Ja natomiast byłem na tyle mały, że jeszcze nie potrafiłem mówić. Kiedy obudziłem się, pamiętałem tylko jedno z nich „czemu mój mały Robuś płacze?”.
Nie przypominam sobie, żebym płakał i nie przypominam sobie powodu, dla którego miałbym to robić.
Długo potem myślałem o tym śnie.
Chciałem zadzwonić do matki, żeby opowiedzieć jej o tym, usłyszeć, że jestem niemądry i wszystkie głupoty, które mi się objawiają, są wynikiem późnego chodzenia spać. Chciałem, ale ona także mnie już nie słucha. Chociaż na pewno by słuchała. Na pewno. Jeżeli by się przypadkiem rozłączyła, rozmawiając ze mną przez telefon, zadzwoniłaby jeszcze raz. Jeżeli prosiłbym o przysłanie sernika, najlepszego na świecie, słyszałbym w Warszawie, jak w Toruniu biegnie po mąkę.
Osiemnastego września minęły cztery lata, od kiedy moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Ojciec był nerwowy, często kłócił się z matką podczas jazdy. Matka była oazą spokoju, całe dnie przesiadywała w ogrodzie ze swoimi, jak to mówiła, „najpiękniejszymi kwiatusiami”. Winą za wypadek obarczono mojego ojca. Podobno „nie dostosował prędkości do warunków pogodowych”. Bardzo mocno padało, kiedy wracali z wyjazdu wypoczynkowego we Wrocławiu. Jeden gwałtowny ruch ręką no i... znaleźli się na drugim pasie. Wjechali pod wielkiego rosyjskiego tira wiozącego artykuły botaniczne. Rośliny, drzewka, kwiaty. Piękne kwiaty. Widziałem je na miejscu wypadku. Tuż obok leżała moja matka. Otoczona płatkami róż, tulipanów. Jeden żółty tulipan nawet owinął się wokół jej nogi. Bardzo zabawnie to wyglądało. Chciałem zrobić zdjęcie, żeby pokazać jej, jak wróci do domu. Nie pozwolili. Kazali odejść. Powtarzałem, że moja mama chciałaby, żebym był przy niej. Ale oni także mnie nie słuchali.
Jeść surowe ziemniaki
Czasami już sam siebie słuchać nie mogę. Jednak muszę. Żadna głowa na świecie jeszcze nie wymyśliła sposobu, w jaki można sobą kierować, nie słuchając podświadomego Ja. Wymyślają szczepionki na choroby, których nawet nie potrafię przeliterować, a nie potrafią znieczulić naszych myśli. Albo ich zmienić. Spowodować, żeby to, co nas smuciło przed zażyciem tabletki, następnie wywoływało w nas maraton radości. Nie da się – mówią. Polecają zdrowo się odżywiać i dobrze wysypiać. Wtedy będziemy sprawni i szczęśliwi.
Przy całym szacunku dla ludzi nauki, Ja w te bajki nie wierzę. Chcę być szczęśliwy na swój sposób. Jeżeli widzę szczęście w jedzeniu surowych ziemniaków, to chcę je jeść. Nie chcę żyć czyimś szczęściem. Nie chcę także być namawiany do czyjegoś szczęścia. Boję się ludzi, którzy wpychają mi swoje przekonania. Ja swoje muszę znaleźć sam. Wyszukać je między surowymi ziemniakami a zdrowymi płatkami bio kukurydzianymi. Nawet kosztem pozostania tu na zawsze. Dobrze mi tu. Ciepło. Nawet dwoje przyjaciół, których tutaj poznałem, okazali się osobami, których zawsze mi brakowało. Widujemy się w czwartki, soboty i niedziele. Nie. W środy, soboty i niedziele.
Wtedy osoby w zielonych mundurkach spotykają się w ogrodzie z osobami w pomarańczowych. Ja mam zielone – tak jak wszystkie linki. Przyjęło się, że „linki” to osoby, które kiedyś próbowały się powiesić. Pomarańczowe oznaczają „stan umysłu, który uległ nieodwracalnej zmianie”.
Sznur przy szyi
Do szpitala w Tworkach trafiłem 2 lata temu. Po śmierci rodziców wszystko zaczęło się zmieniać. Ze studiów musiałem zrezygnować, bo ciotki nie było stać na wynajem mieszkania w Krakowie. Chciałem zostać aktorem. Cały ostatni rok w liceum biegałem na warsztaty teatralne. Wierzyłem, że zdam egzaminy wstępne i zostanę polskim De Niro albo drugim Więckiewiczem. Było mi wtedy bardzo dobrze. Zajęcia przyjemnie mijały, a wieczorami biegaliśmy do Starego podpatrzeć swoich idoli. Byłem szczęśliwy.
Dzisiaj także jestem, ale inaczej. Dużo przeszedłem. Na początku było bardzo trudno. Kiedy wylądowałem w szpitalu po tym, jak ciotka znalazła mnie ze sznurem przy szyi, chciałem się dobić. Zdzierałem paznokcie na ścianach, waliłem głową o podłogę, robiłem wszystko, żeby zranić się na tyle, abym następnego ranka nie otworzył już oczu. Każdego dnia otrzymywałem pięć zastrzyków znieczulających. Nie rozumiałem, po co chcą mnie osłabić, wołałem aby od razu mnie zabili. Nie słuchali.
Dalszy czas w szpitalu zmienił mnie. Już nie miałem sił, żeby walczyć ze sobą. Było mi obojętnie, czy do końca życia przeleżę w pokoju, czy następnego ranka przyjdzie pielęgniarka i powie „ZAJMUJE PAN TEN POKÓJ ZBYT DŁUGO, MUSIMY PANA ZABIĆ. TO NIE BĘDZIE BOLAŁO”.
Walka, która mi dotychczas towarzyszyła, w pewnej chwili skierowała swoją siłę w wewnętrzny smutek. Płakałem całe dnie i noce. Zacząłem rozumieć, co mnie spotkało. Nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Nie chciałem być pocieszany przez ludzi w białych fartuchach. Potrzebowałem głosu kogoś bliskiego, kogoś, kogo będę w stanie zaakceptować jako bratnią duszę. Nikogo takiego nie było. Bali się mnie. Gdyby mogli, nie wchodziliby do mojego pokoju. Czułem, że są mili tylko dlatego, żebym ich nie zabił.
Lekarze się cieszą
Dni w szpitalu zaczęły się dłużyć. Nie wiedziałem, co ze sobą robić. Sytuacja ta zbiegła się z przyjściem nowego lekarza. Szybko złapaliśmy kontakt. Rozmawialiśmy o piłce, filmach, o tym, co się zdarzyło, ale i o przyszłości. Jednak o niej miałem najmniej do powiedzenia, nie miałem pojęcia, co się może ze mną stać. Wiedziałem jednak, że powoli się zmieniam. Lekarze także to zauważyli. Pozwolili mi nawet wyjść do ogrodu. To uczucie, ten smak powietrza po czterech miesiącach przesiadywania w pokoju – to coś nie do opisania. Jakbym urodził się na nowo, z tym że już z pełną świadomością otoczenia. Już nie potrafiłem wracać do pokoju. Chciałem zostawać w ogrodzie jak najdłużej.
I tak w czwartki, soboty, niedziele. Nie. W środy, soboty i niedziele. Wtedy moje życie odzyskiwało sens. Na te trzy godziny warto było czekać cały poniedziałek, wtorek, czwartek i piątek. Potrzebowałem powietrza jak nigdy wcześniej. Cieszyłem się ogrodem – jak kiedyś wejściem do teatru. A z czasem nawet zacząłem myśleć, że fajnie byłoby kogoś poznać. Widziałem z daleka wielu pacjentów, ale nie pozwalano mi się zbliżać. Dzięki Andrzejowi, nowemu lekarzowi, pewnej soboty to się udało. Podeszliśmy do „Pomarańczowych” i mogłem porozmawiać z kimś w podobnej sytuacji, co ja. W ten sposób szybko zaprzyjaźniłem się z Magdą i Damianem. Od tamtej pory w każde dni wychodne spotykamy się. Lekarze już nie robią problemów a nawet się cieszą, bo później – jak to mówi Andrzej – „jestem grzeczniutki”.
Od tamtego czasu otrzymałem drugie życie. Pozwoliłem sobie na uśmiech, a czasem zdarza się pomarzyć o przyszłości. Zacząłem lepiej się odżywiać, chociaż swojej teorii o surowych ziemniakach jeszcze nie zmieniłem. Sny są także inne.
Druga historia, która mi się przyśniła kilka miesięcy temu, już nie jest powrotem do przeszłości. Magda i Damian śmiali się, gdy opowiadałem, że śniło mi się, że jestem pisarzem. Pisałem opowiadania. Od tamtej pory wszyscy w szpitalu mówią na mnie „Stachura”. To zabawne. Wiecie, ja chyba nadal wierzę, że sny nie są całkowitą fikcją, że są pomieszaniem ze światem realnym, a chwilami bardziej wierzę, że ten realny jest tam, w naszym sennym umyśle.
Może zostanę pisarzem?
Ale to pojutrze.
Jutro jest sobota. Spotkam się z Magdą i Damianem. Będę szczęśliwy.
A wy? Co jutro robicie?