Miejsca niedostępne: Komisariat policji. Powrót do przeszłości

żurnalista

Na co dzień spokojny i ułożony student prawa, a z pasji dziennikarz. Jako autor pisał o siatkówce, później zaś o sprawach kryminalnych (w „Gazecie Wyborczej”). W końcu zajął się zagadnieniami prawnymi – na potrzeby portalu „Polimaty”, kilku kancelarii prawnych i czasopism branżowych. Założyciel wydawnictwa audiobooków edukacyjnych. W wolnym czasie czyta książki – kryminały i reportaże (Jo Nesbø, Harlan Coben, Katarzyna Bonda, Artur Górski), słucha muzyki (Depeche Mode, U2), a także spędza dużo czasu z przyjaciółmi. Często można na niego trafić w łódzkich pubach typu multi-tap, bo uwielbia dobre, rzemieślnicze piwo.

 3 min. czytania
 1
 174
 20 października 2015
Flickr.com (Włodi)

Milicja przekształciła się w policję ponad 25 lat temu. Dziś funkcjonariusze chwalą się szybkimi radiowozami, nowoczesną bronią i świetnie wyszkolonymi jednostkami specjalnymi. Są jednak takie komisariaty, gdzie czas niemal się zatrzymał i to przynajmniej kilkanaście lat temu.

Październik. Wtorkowe przedpołudnie jest słoneczne, ale silny wiatr i pożółkłe liście przypominają o jesieni. Ludzie wyciągnęli już z szaf grube kurtki, a na szyjach owinęli szaliki. Ja swój schowałem do torby – szybki marsz rozgrzał mnie wystarczająco. Staram się nie spóźnić na spotkanie z dzielnicowym w małym, osiedlowym komisariacie policji.

Obchodzę pawilon handlowo-usługowy, jakich wiele budowano w latach 70. W ostatniej chwili znajduję białe, plastikowe drzwi. Widzę przyklejoną na nich, lekko pogniecioną kartkę A4 z szarą gwiazdą i niebieskim napisem „POLICJA”. Za nimi mieści się klatka schodowa – cała pokryta jeszcze pyłem po ostatnim remoncie.

Posadzka z lastryko i żółte ściany pomalowane farbą olejną skutecznie przywodzą na myśl wnętrza bloków mieszkalnych z wielkiej płyty. Piętro wyżej wąski korytarz zamieniono w poczekalnię. Okazuje się, że mam kilka dodatkowych minut, aby skorzystać z jej uroków. Policjant przyjmuje zeznania od kobiety w średnim wieku, a ja słyszę wszystko bardzo wyraźnie.

Z sufitu na przewodzie zwisa żarówka emitująca nikłe światło. W takich warunkach słabo widać nawet przeciwległy koniec korytarza. Drzwi do toalety blokuje wysoka, drewniana drabina, dlatego każdorazowo trzeba ją przestawiać. Stojące obok, jedyne wolne krzesło, próbuje zająć starszy pan.

Wtedy z pokoju dochodzi głos policjantki: „To niebezpieczne, bo... krzesło ma tylko dwie nogi”. Chwilę później mężczyzna wraca już do domu odprawiony z kwitkiem. Dzielnicowy zajmujący się sprawami jego ulicy pojawi się w komisariacie dopiero późnym popołudniem. Nadeszła moja kolej.

Gabinet jest duży, stoi w nim aż sześć biurek, z czego zajęte są jedynie dwa. Najnowocześniejsze rzeczy tutaj to monitory LCD i obowiązujące od kilku lat, granatowe mundury. Reszta sprzętu – komputery i jedna drukarka atramentowa – pamiętają chyba koniec ubiegłego wieku. Atmosferę na szczęście poprawiają sami funkcjonariusze.

Nie wyglądają na bardzo zapracowanych, ale nie można też odmówić im przyjaznego usposobienia. Podczas gdy ja składam zeznania jako świadek, policjant sprawnie przepisuje uzyskane informacje, głośno klepiąc w niezbyt sprawną klawiaturę. Co jakiś czas czas zagląda do pożółkłego kodeksu karnego, luźno mnie przy tym zagadując. Po 20 minutach czytam protokół z przesłuchania i podpisuję go. Dla mnie wszystko jest już wyjaśnione.

Wszystko, poza jednym. Zastanawia mnie, dlaczego funkcjonariusze podobno tak nowoczesnej formacji wciąż muszą pracować w warunkach niewiele różniących się od tych sprzed 15 czy 25 lat. Wychodząc z komisariatu, wracam do współczesnej rzeczywistości. Pod budynkiem nie stoi żaden radiowóz. Mam nadzieję, że po prostu patrolują okolicę i możemy czuć się bezpiecznie...

Udostępnij na  (174)Zobacz komentarze (1)