Aktorski zdrajca, zdradzony aktor – palmy w piecu arcydzieła!

żurnalista

Samozwańczy varsavianista i krytyk społeczny. Próbował swoich sił w świecie filmu, reklamy, handlu, a nawet społecznictwa. Wieczorami, zwłaszcza w weekendy, walczy w Internecie na argumenty z licznymi antagonistami. Uważa, że czyni go to zamaskowanym superbohaterem. Twórca larpów i gier miejskich, kocha podróżować sposobami niestandardowymi. Jako literacki hipster czyta rzeczy, które już dawno nie są modne i prawdopodobnie już nigdy modne nie będą. Najłatwiej jest go spotkać nieogolonego z kubkiem po brzegi wypełnionym kawą i papierosem niedbale zatkniętym w zębach.

 2 min. czytania
 0
 14
 1
 9 października 2015
Fot. Pixabay
Jednym zdaniem: Igo Sym - aktor kolaborant, którego polskie filmy poszły z dymem.

Uczciwym wyrokiem zastrzelono go w jego mieszkaniu w Warszawie. Trwała wojna, nikt nie dbał o sentymenty. Zresztą, po wojnie również nie było powodów, by o nie dbać. A on był zdrajcą. Rodacy postarali się, by większość polskich filmów, w których zagrał, nie była dostępna dla kolejnych pokoleń.

Amant polskiego kina przedwojennego, Igo Sym, był oczywiście obrzydliwym kolaborantem. Już wcześniej działał jako niemiecki szpieg, wojna pozwoliła mu się tylko przekształcić w całkiem sprawnego i cennego konfidenta. Przy tej okazji dbał jeszcze o to, by nie umarła warszawska kultura – prowadził teatr „Komedia”. Stracił życie w zamachu, na skutek wyroku wydanego przez podziemne władze.

Miło byłoby powiedzieć, że dał się zapamiętać rodakom przynajmniej jako niezły aktor. Byłoby to możliwe, gdyby nie pozbyli się skutecznie kopii filmów, w których grał on główne role. Wśród nich znajdowały się takie perły jak „Kochanka Szamoty” w reżyserii Leona Trystana, dzieło, które możemy sobie wyobrażać jako polską odpowiedź na niemieckie, ekspresjonistyczne horrory. Na wyobrażeniach jednak będziemy zmuszeni poprzestać. Wszystko za sprawą barbarzyńców, którym nie wystarczy śmierć człowieka. Jeśli tylko tworzył kulturę, muszą posłać ją wraz z nim do grobu.

Winę za pogrzebanie Syma w odmętach niepamięci z łatwością można zrzucić na ustrój komunistyczny, który był bezlitosny dla artystów posądzanych o systemową wrogość. Na czasy PRL-u przypada okres palenia książek i taśm filmowych. Czy jednak tylko nieznoszący sprzeciwu system należy oskarżać o to, że niektórzy twórcy tamtych czasów do dziś są niepamiętani?

Zadaniem kolejnych pokoleń jest pielęgnacja naszego kulturowego dziedzictwa. Filmy z Symem, bez względu na jego rolę w trakcie II wojny światowej, również są jego częścią. Co najmniej jeden z nich stworzył Leon Trystan, brat Adama Ważyka, diablo utalentowany reżyser, który zginął, wydawszy na świat wyjątkowo niewielki dorobek filmowy. Czy jego artyzm nie powinien być opiewany przez współczesnych polskich kinomanów? Czy należy skazać go na zapomnienie tylko dlatego, że przed wojną kręcił filmy z kimś, kto okazał się kolaborantem?

Nasz zdrajca miał wyjątkowo barwny żywot. Bezsprzecznie był gnidą, podwójna narodowość popchnęła go w objęcia nazistowskich idoli. Nie należy jednak wymazywać go z pamięci ludzi, którzy żyją współcześnie, tak jak nikt nie powinien ruszać choćby najmniejszym palcem taśm z filmami, w których zagrał. Dziś możliwość oglądania go na ekranie jest wybitnie ograniczona, ale nie znaczy to, że nie możemy wspominać jego nazwiska. Choćby przy okazji powstawania biografii Eugeniusza Bodo, innego wielkiego artysty tej zapomnianej, międzywojennej Polski.

Udostępnij na  (14)Skomentuj