
Uczciwym wyrokiem zastrzelono go w jego mieszkaniu w Warszawie. Trwała wojna, nikt nie dbał o sentymenty. Zresztą, po wojnie również nie było powodów, by o nie dbać. A on był zdrajcą. Rodacy postarali się, by większość polskich filmów, w których zagrał, nie była dostępna dla kolejnych pokoleń.
Amant polskiego kina przedwojennego, Igo Sym, był oczywiście obrzydliwym kolaborantem. Już wcześniej działał jako niemiecki szpieg, wojna pozwoliła mu się tylko przekształcić w całkiem sprawnego i cennego konfidenta. Przy tej okazji dbał jeszcze o to, by nie umarła warszawska kultura – prowadził teatr „Komedia”. Stracił życie w zamachu, na skutek wyroku wydanego przez podziemne władze.
Miło byłoby powiedzieć, że dał się zapamiętać rodakom przynajmniej jako niezły aktor. Byłoby to możliwe, gdyby nie pozbyli się skutecznie kopii filmów, w których grał on główne role. Wśród nich znajdowały się takie perły jak „Kochanka Szamoty” w reżyserii Leona Trystana, dzieło, które możemy sobie wyobrażać jako polską odpowiedź na niemieckie, ekspresjonistyczne horrory. Na wyobrażeniach jednak będziemy zmuszeni poprzestać. Wszystko za sprawą barbarzyńców, którym nie wystarczy śmierć człowieka. Jeśli tylko tworzył kulturę, muszą posłać ją wraz z nim do grobu.
Winę za pogrzebanie Syma w odmętach niepamięci z łatwością można zrzucić na ustrój komunistyczny, który był bezlitosny dla artystów posądzanych o systemową wrogość. Na czasy PRL-u przypada okres palenia książek i taśm filmowych. Czy jednak tylko nieznoszący sprzeciwu system należy oskarżać o to, że niektórzy twórcy tamtych czasów do dziś są niepamiętani?
Zadaniem kolejnych pokoleń jest pielęgnacja naszego kulturowego dziedzictwa. Filmy z Symem, bez względu na jego rolę w trakcie II wojny światowej, również są jego częścią. Co najmniej jeden z nich stworzył Leon Trystan, brat Adama Ważyka, diablo utalentowany reżyser, który zginął, wydawszy na świat wyjątkowo niewielki dorobek filmowy. Czy jego artyzm nie powinien być opiewany przez współczesnych polskich kinomanów? Czy należy skazać go na zapomnienie tylko dlatego, że przed wojną kręcił filmy z kimś, kto okazał się kolaborantem?
Nasz zdrajca miał wyjątkowo barwny żywot. Bezsprzecznie był gnidą, podwójna narodowość popchnęła go w objęcia nazistowskich idoli. Nie należy jednak wymazywać go z pamięci ludzi, którzy żyją współcześnie, tak jak nikt nie powinien ruszać choćby najmniejszym palcem taśm z filmami, w których zagrał. Dziś możliwość oglądania go na ekranie jest wybitnie ograniczona, ale nie znaczy to, że nie możemy wspominać jego nazwiska. Choćby przy okazji powstawania biografii Eugeniusza Bodo, innego wielkiego artysty tej zapomnianej, międzywojennej Polski.