Dognapping – fundacje ponad prawem

żurnalista

Samozwańczy varsavianista i krytyk społeczny. Próbował swoich sił w świecie filmu, reklamy, handlu, a nawet społecznictwa. Wieczorami, zwłaszcza w weekendy, walczy w Internecie na argumenty z licznymi antagonistami. Uważa, że czyni go to zamaskowanym superbohaterem. Twórca larpów i gier miejskich, kocha podróżować sposobami niestandardowymi. Jako literacki hipster czyta rzeczy, które już dawno nie są modne i prawdopodobnie już nigdy modne nie będą. Najłatwiej jest go spotkać nieogolonego z kubkiem po brzegi wypełnionym kawą i papierosem niedbale zatkniętym w zębach.

 5 min. czytania
 22
 976
 1
 11 października 2015
fot. FreeImages.com/Nenad Nerandzic
Jednym zdaniem: Historia skradzionego właścicielowi psa i fundacji działającej w zgodzie z własną interpretacją polskiego prawa.

Stary pies, bokser, nieopatrznie opuszcza posesję swojego właściciela – sędziwego, schorowanego, kochającego zwierzę pana. Chwilę później odjeżdża samochodem obcego człowieka. Trafia pod opiekę fundacji „SOS Bokserom”, gdzie pod zmienionym imieniem figuruje na stronie internetowej jako zwierzę, którego leczenie wymaga wsparcia finansowego. Apele właściciela i jego przyjaciół o zwrot psa nie skutkują. Rozpoczyna się trwająca miesiącami walka z bezkarną organizacją pozarządową, której działania już nie pierwszy raz wzbudziły wątpliwości.

Diana, bo takie imię naprawdę nosi odłowiony przez fundację pies, nie odeszła daleko od swojego domu. Zresztą, prawo polskie wyraźnie mówi, że gdy dostrzeżemy psa, który mógł zostać porzucony, należy wezwać policję, straż dla zwierząt lub gminne organy. Czy w takim razie organizacje mogą być postrzegane jako organ, który powinien zająć się transportem takiego zwierzęcia? Główni zainteresowani uważają, że owszem.

To nie pierwszy raz

Oszustwa, kradzież rasowych psów, uchylanie się od postanowień wyroku sądowego – te oskarżenia padały już pod adresem organizacji, której przewodzi Germaine Chekerjian. Gdy sąd zobowiązał kiedyś fundację do zwrotu psa prawowitym właścicielom, ten nagle zaginął – po prostu uciekł z rąk tymczasowych opiekunów. Właściciele do dziś nie odzyskali swojego pupila.

„Pierdolcie się barany :)”

Fundacja zaczęła bronić się przed ostrymi oskarżeniami. Jako powód przetrzymywania psa podała zły stan jego zdrowia, zaczęła zarzucać właścicielowi i zaprzyjaźnionemu z nim weterynarzowi zaniedbanie i brak działań mających na celu leczenie suki. Przerzucanie się argumentami weterynaryjnymi przerwało zestawienie dwóch zdjęć wykonane przez zaangażowanych w sprawę internautów.

Zestawienie internautów. Z lewej Diana w domu. Z prawej zdjęcie Diany opublikowane przez fundację.Źródło: Facebook.

Na fotografii wykonanej przez „SOS Bokserom” Diana prezentuje się dużo gorzej niż na zdjęciu zrobionym w domu swojego właściciela, krótko przed porwaniem. Publikacja ta skłoniła organizację do ataków na wszystkich, którzy oskarżali ją o kradzież zwierzęcia.

Na początku doszło do agresji słownej. „Pierdolcie się barany :)” – to treść komentarza opublikowanego na Facebooku przez Marka Duchera, członka zarządu „SOS Bokserom”. Tak odpowiedział na otwarte oskarżenia wobec fundacji.

Treść komentarzaŹródło: Facebook.

Potem prawnik organizacji rozpoczął rozsyłanie pism do osób zaangażowanych w ratowanie Diany. Informował w nich, że w przypadku nieusunięcia postów szkalujących dobre imię fundacji, wobec osób, które zamieściły takie oskarżenia na swoich profilach, wystosowany zostanie pozew sądowy. Internauci ocenili ten krok jako akt zastraszania.

Komunikat fundacji SOS BokseromŹródło: Facebook

Warunki

Odbyły się nawet negocjacje na linii „SOS Bokserom” – właściciel Diany. Starszy pan nie mógł się jednak na nich pojawić:pod wpływem stresu pogorszył się jego stan zdrowia. Prezes Chekerjian zapowiedziała, że psa nie odda, jeśli nie zostaną spełnione warunki postawione przez jej organizację. Wśród nich znalazł się zapis, według którego pies miał być leczony przez klinikę weterynaryjną współpracującą z „SOS Bokserom”. Do przychodni, o której mowa, właściciel Diany musi pojechać na drugi koniec miasta.W urzędzie gminy Michałowice, w której mieszka opiekun psa, prezes fundacji złożyła też zawiadomienie o popełnieniu przez niego przestępstwa. Oskarżyła go o znęcanie się nad zwierzęciem. Gminne władze zarządziły wizję lokalną w jego domu. Zastanawiające, że w wizji brał udział przedstawiciel fundacji. W końcu w tej sprawie funkcjonuje jako strona, a nie niezależny konsultant.

W głębokim poważaniu

Wizja lokalna przebiegła pomyślnie dla właściciela. Gmina wydała rozporządzenie, na podstawie którego odmawia odebrania mu zwierzęcia. Wówczas fundacja oświadczyła, że nie jest to organ mogący wydać decyzję nakazującą im zwrot psa. Dlaczego w takim razie prosiła jednostkę o ocenę sytuacji?

Decyzja wójta gminyŹródło: Facebook

W myśl ustawy o ochronie zwierząt (art. 7 ust. 2) odebranie zwierzęcia przez fundację odbyło się drogą nielegalną. Według ustawy to organ wykonawczy gminy (wójt, burmistrz lub prezydent) jest osobą podejmującą takie decyzje. Czy w takim razie jakakolwiek ekspertyza prezentowana przez „SOS Bokserom” i jakiekolwiek zgłoszone przez nich przestępstwo jest zasadne, skoro działają w sprzeczności z polskim prawem?

Oczywiście w myśl tej samej ustawy fundacja mogła odwrócić kolejność legalnych działań i odebrać psa w drodze interwencji. Czy może być jednak o niej mowa w przypadku przechwycenia zwierzęcia, gdy ten się błąkał (według relacji świadków siedział przed bramą posesji), a logika nakazuje zwracać zagubione psy prawowitym właścicielom?

Równocześnie prokuratura została zawiadomiona przez fundację o tym, że pies miał sfałszowaną książeczkę zdrowia. W przeszukaniach mających na celu odnalezienie tego dokumentu u właściciela i lekarza prowadzącego Diany znów miał uczestniczyć przedstawiciel fundacji.

Dlaczego regulacje dotyczące działalności organizacji pozarządowych zajmujących się ochroną zwierząt posiadają tak wiele luk? Jak każda fundacja mogą podlegać wybranemu przez siebie ministerstwu, nie posiadają dodatkowych organów kontrolnych (co jest dziwne, biorąc pod uwagę to, że mają istotny wpływ na życie innych istot), bez względu na wszystko traktowane są jako autorytety w dziedzinie weterynarii. W takich instytucjach istnieje duże pole do manipulacji i działań budzących wątpliwości co do ich zasadności czy zgodności z literą prawa. Nawet jeśli wynikają z dobrych intencji, a nie mamy podstaw, by to podważać, to skłaniają do refleksji nad moralnością i legalnością. Można odnieść wrażenie, że fundacje tego typu występują w roli zwierzęcej policji, oskarżyciela i sądu. A środków ochrony przed ich działaniem nie ma zbyt wiele i często do niczego nie prowadzą.

Chcecie wesprzeć działania mogące pomóc w odzyskaniu Diany? Tu znajdziecie wszystkie instrukcje. Warto też zwrócić uwagę na stronę, monitorującą i gromadzącą informacje o podobnych zdarzeniach. Strona Diany pod zmienionym imieniem w witrynie fundacji.

Udostępnij na  (976)Zobacz komentarze (22)