Czy cudzoziemcom łatwiej zrobić karierę w polskiej telewizji?

żurnalista

Miłośnik muzycznych festiwali, folk metalu, ale muzyki filmowej i nieco spokojnejszej. Student Łódzkiej Szkoły Filmowej i przyszły kierownik produkcji (i oby producent!). Pasjonat nowinek telewizyjnych oraz filmowych, a do tego fan polskiego kina i animacji. Prywatnie fan internetowych wpisów Magdy Gessler i imprezowy wodzirej. Redaktor tvnfakty.pl, a teraz również Today.pl. Łodzianin z energią i ciekawymi pomysłami.

 3 min. czytania
 0
 23
 14 listopada 2015
Fot. TVP
Jednym zdaniem: Czy łatwo zrobić karierę w polskiej telewizji, będąc cudzoziemcem? Oto krótka historia gwiazd, którym to się udało.

Od kilku lat na ekranach telewizorów coraz częściej oglądamy osoby zza granicy. Pojawiają się w polskich serialach i programach rozrywkowych. Czy karierę można u nas rozpocząć w ciągu kilku dni?

Europa da się lubić?

Prawdziwy szał i popularność na zagraniczne gwiazdy mówiące po polsku rozpoczął się w 2003 roku za sprawą emitowanego w TVP2 programu „Europa da się lubić”. Co tydzień cudzoziemcy opowiadali tam o zwyczajach i tradycjach występujących w ich kraju. Do dziś takie nazwiska jak Steffen Moller, Paolo Cozza, Kevin Aiston, Conrado Moreno i Elisabeth Duda pamięta większość z nas. Część z nich stała się gwiazdami polskich seriali, a inni prowadzili własne show. Widzowie pokochali niezgrabność, z jaką obcokrajowcy wypowiadali polskie słowa. A potem gwiazdy z importu pojawiały się w naszej rodzimej telewizji niczym grzyby po deszczu.

Tańcząc z cudzoziemcem

Sytuację szybko zaczął wykorzystywać TVN. Na początku niemal wszystkie gwiazdy „Europy da się lubić” wystąpiły w „Tańcu z gwiazdami”. Później stacja sama zaczęła sprowadzać tancerzy z innych krajów. Stefano Terrazzino, Janja Lesar i Jan Kliment to do dziś jedni z najbardziej lubianych nauczycieli tańca. Dlaczego widzowie polubili ich na tyle, aby niemal co sezon doprowadzać do finału? Odpowiedź jest prosta – mniejsza pokusa wygranej. Wśród zagranicznych tancerzy nie czuć „parcia na wygraną”, jakie zauważyć można u rodzimych gwiazd programu pokroju Rafała Maseraka i Anny Głogowskiej. Sukces w programie odnosili jednak nie tylko zagraniczni tancerze, ale i gwiazdy z importu. Mimo średnich umiejętności wysokie miejsca zajmowali chociażby Jay Delano czy Steve Allen.

Wschodnie talenty w Polsce

Nieco inną sytuację dało się zauważyć na przestrzeni kilku ostatnich lat w programach typu talent-show. Trwający konflikt na Ukrainie spowodował, że na wschodnich sąsiadów w roli uczestników patrzyliśmy zupełnie inaczej. Oczywiście nie można odmówić im talentu. Jednak gdyby nie sytuacja na Ukrainie, finałowe decyzje widzów mogły być przecież zupełnie inne. Ostatnią edycję „X Factor” w 2014 roku wygrał Ukrainiec Artem Furman. Z początku nie był typowany na zwycięzcę – w pierwszym odcinku na żywo znalazł się nawet w gronie uczestników zagrożonych odpadnięciem z programu. Uratowały go głosy jurorów. Tydzień później zaśpiewał słynne „Wind of Change”, a na telebimie pokazywano podczas występu obrazy Ukrainy w czasie konfliktu. Od tej pory Artem był wyraźnym faworytem show. Zdziwienia po ogłoszeniu wyników finału więc nie było.

Podobną historię zaserwował nam TVN sezon wcześniej, kiedy szóstą edycję „Mam talent!” wygrała rysująca piaskiem Tetiana Galitsyna, Ukrainka biorąca wcześniej udział w rodzimej wersji programu. W tej samej edycji w finale znalazł się jeszcze Santiago Gil pochodzący z rodziny Romów, który zajął trzecie miejsce.

Historia lubi się powtarzać

Polskiej widowni nie przeszkadza nawet swego rodzaju powtarzalność. Filipińczyk Conrado Yanez wystąpił w 2011 roku w pierwszej edycji „Must be the Music. Tylko Muzyka” Polsatu, gdzie zajął wysokie drugie miejsce. Tej jesieni wiosny powrócił do show, ponownie starając się o główną nagrodę. Historia zatoczyła koło – muzyka ponownie zobaczymy w finale programu.

Najczęściej swoją charyzmą i sposobem bycia cudzoziemiec porywał serca widzów przed telewizorami. Może zatem Polacy i swój talent powinni prezentować u sąsiadów?

Udostępnij na  (23)Skomentuj